Information Planet

Agencies
Information Planet

O nas

Przedstawicielstwo Szkół Zagranicznych PERFECT działa w Polsce od 1992 roku. Jako pierwsi w Polsce zajęliśmy się promowaniem i organizacją wyjazdów do Australii – Pierwsi nasi klienci wyjechali do Australii w 1996 r., wiec nasze doświadczenie w tej dziedzinie to już ponad 20 lat.

Dowiedz się więcej

Wszystkie (17)Opinie

lejda

Cztery miesiące spędzone w Australii były dla mnie spełnieniem marzeń. Oz oczarowała mnie swoim pięknem, a Aussie pogodą ducha i stylem bycia. Cairns jest idealnym miejscem do nauki języka. Jest to niewielka miejscowość nad oceanem, w której gromadzi się młodzież z całego świata, by podziwiać Wielką Rafę Koralową i lasy tropikalne...

Czytaj dalej

Kontakt





Relacja Szymka

Szymek jest jednym z naszych klientów, który nie zapomniał o nas po przylocie do Australii i napisał kilka słów o swoich przeżyciach na trasie Ateny -Singapur - Sydney - Cairns. Co więcej - Szymek powiedział, że to jego pierwsza relacja i jak pojawią się nowe ciekawe fakty z jego życia w Australii, to nie omieszka nas o tynm powiadomić...

 

Cześć !!!

 

Moja przygoda z Australią rozpoczeła się zimnego poranka 16 listopada 2006 roku na warszawskim lotnisku Okęcie-Etiuda. Po niewielkich problemach z za dużo ważącym bagażem i po ostatnich pożegnaniach znalazłem się na pokładzie samolotu Norwegian Air lecącego do Aten. Lot przebiegł spokojnie i po trzech godzinach wylądowałem na ateńskim lotnisku Eleftherios Venizelos.

 

Ateny

Grecja przywitała mnie, piękną pogodą i bezchmurnym niebem. Następny mój lot do Singapuru, w którym zaplanowałem zatrzymać się w drodze do Sydney, był dopiero następnego dnia, więc zostawiłem bagaż w przechowalnii i pojechałem autobusem do centrum, by zakwaterować się w wcześniej zarezerwowanym hostelu. Miałem szczęście gdyż akurat trafiłem na bezpłatne zwiedzanie miasta z przewodnikiem z hostelu. Jakież było moje zdziwienie kiedy dowiedziałem się że wszyscy towarzyszący mi turysci byli z Australii. Nasz przewodnik z Bostonu, który mieszkał już tam pare lat przez 4-godzinny oprowadzał nas po Akropolu i innych antycznych zabytkach tego nieznanego mi wcześniej pięknego miasta. Musiałem sie już na samym początku ostro przestawić na angielski, by w całości zrozumieć wszystkie jego starożytne historie. Wieczorem kolacyjka i rozmowy przy piwku. Okazało się że nie tylko duża grupa turystów mieszkających w moim hostelu była z Australii, ale również większość osób pracujących tam. Zostałem „przeszkolony” co muszę zobaczyć i na co zwracać uwagę w Sydney i ogónie całej Australii. Późnym wieczorem czekała nas jeszcze jedna atrakcja – poznanie nocnego życia Aten. Dużą głównie australijską-amerykańską grupą „backpackersów” chodziliśmy po wszystkich najbardziej znanych pubach i klubach w centrum aż do późna w nocy. Bawiliśmy się super. Muszę przyznać że Grecy świetnie potrafią się bawić. Mimo środka tygodnia we wszystkich tych miejscach w których byliśmy było mnóstwo osób aż do samego rana.

 

 

Singapur

Następnego dnia rano pojechałem tym razem metrem na znane mi już wcześniej lotnisko. Po bezproblemowej odprawie wsiadłem na pokład wielkiego Boeing’a 777-200 lini Singapore Airlines. Zająłem pojedyńcze miejsce przy oknie na samym końcu samolotu zaraz za „kuchnią” i po chwili byłem już w drodze do miejsca mojego następnego postoju – Singapuru. Przesympatyczne singapurskie stewardesy ubrane w narodowe stroje chyba mnie polubiły, bo co chwile uśmiechnięte pytały się czy czegoś mi nie potrzeba. Nieprzespana noc sprawiła jednak że szybko zasnąłem. Cały lot trawał ponad 10 godzin. W międzyczasie był jeszcze pyszny obiadek, film i śniadanie. Czas minął bardzo szybko i wylądowaliśmy z samego rana czasu lokalnego. Po wyjściu z samolotu pierwsze moje wrażenie było niesamowite. Odrazu uwagę moją zwróciło przepiękne singapurskie lotnisko Changi International. Te wszystkie kolorowe kwiaty, marmury, złote rybki w fontannach naprawdę robią duże wrażenie. Po wyjściu z klimatyzowanego lotniska jeszcze wiekszy szok: tropikalna roślinność, a przedewszystkim te gorące parne powietrze trochę jak w saunie sprawia że odrazu zdajesz sobie sprawę że jesteś na równikowej szerokości geograficznej. Przez cała drogę do hinduskiej dzielnicy, w której znajdował się mój hostel, nie mogłem nadziwić się tym ciekawym miejscem. Mimo tego żę większość mieszkańców Singapuru to Chińczycy, angielski jest jednak urzędowym językiem tam, więc z komunikacją nie było większego problemu. Hostel w którym spędziłem nastepnę trzy noce od razu przypadł mi do gustu: czysto, sympatyczna obsługa, super śniadanko, klimatyzacja, mnóstwo fajnych młodych turystów chodzących boso i te prysznice na dachu – bo tak przyjemniej.Polecam każdemu zatrzymywanie się w tych młodzieżowych hostelach tzw. backpackers bo nie tylko tanio i super atmosfera, ale też nigdy nie ma tu czasu na nudę.

 

Po krótkim odpoczynku co? Bezpłatna wycieczka z przewodnikiem po najstarszej w Singapurze buddyjskiej świątynii w przepięknej chińskiej dzielnicy. Ogólnie dla mnie jako osoby nigdy nie podróżującej po krajach azjatyckich „totalna masakra”, do tej pory taką architekturą widziałem tylko w telewizji, nie licząc kiepsko wypadającej w porównaniu Chinatown w Londynie. Jak oni przycinają te drzewka żeby uzyskać taki efekt, naprawde nie wiem. Przewodnik – doktorant z Londynu opowiedział nam w ciekawy sposób nie tylko o tym miejscu ale rownież o kulturze wyzawców buddyzmu i całym Singapurze. Po tak fajnie spędzonym czasie przyszedł czas na lunch. Razem z nowo poznanymi ludzmi z Kanady i Anglii poszliśmy do taniego food court’u w którym można było spróbować wszelkiego rodzaju jedzenia: chińskiego, japońskiego, koreańskiego, malezijskiego, tajskiego, wietnamskiego, hinduskiego... Wybór przeogromny, jednak próżno było tam szukać czegoś europejskiego. Muszę stwierdzić że potrawy tam miały mało wspólnego z dopasowanymi do naszej kuchni, przygotowywanymi przez wietnamczyków, potrawami „ala chińskimi”.

 

Wieczorem umówiony byłem z moją znajomą studiującą w Singapurze - Yang Lin. Poznałem ją parę miesięcy wcześniej podczas jej wymiany akademickiej na Politechnice Warszawskiej. Lin bardzo się ucieszyła dowiadując się że będzie miała okazję pokazać mi swoje miasto. Razem przespacerowaliśmy się po centum miasta z jej rozświetlonymi drapaczami chmur, zjedliśmy exotyczną kolacje na brzegu rzeki, zrobiliśmy zdjęcia przy fontannie Merlionie – symbolu Singapuru i zwiedzilismy do wyrózniającego się budynku opery. Nie ma to jak lokalna osoba która najlepiej się orientuje we wszystkim. Pożegnaliśmy się umawiająć się jednocześnie na kolejny dzień. Wróciwszy do hotelu szybko nawiązałem nowe znajomości z ludzmi z którymi mieszkałem. Większość z nich była tak jak ja w drodze, albo wracająca z Australii, często też były to osoby podrożujace po calej Indonezji. Godzinami słuchałem ich opowieści i oglądałem zdjęcia. Szczególnie utkwiły mi w pamięci niesamowite przygody osób podróżując po Indonezji: krajach takich jak Thajlandia, Chiny, Wietnam, Kambodża, Malezja, Filipiny. Spowodowały one że nabralem ochoty do zwiedzania tamtych stron świata.

 

Następnego dnia rano rozpocząłem dalsze odkrywanie Singapuru wskakując do autobusu turystycznego przejeżdzjącego koło najważniejszych miejsc w mieście. Zatrzymałem się w ogrodzie botanicznym. Ogolnie znowu „masakra”: masa turystowi i piknikowiczów, kosmiczna roślinność, wodospady, złote rybki w stawach i motyle wielkości prawie mojej całej otwartej dłoni sprawiły że spędzone tam prawie 2 godziny napewno zapamiętam na długo. Dalej, główna i najbardziej reprezentywna ulica Singapuru - Orchard Road. Wzdłuż największe domy towarowe i hotele. Ulicą trudno sie przecisnać, wszyscy robią zakupy. Tutaj mimo wczesnej pory (19-ty listopad), święta w pełni, cała ulica przyodziana w dekoracje świateczne. Podobnie zresztą jak w większości miast w Polsce, tylko że jak ma się ponad 30 stopni i wszędzie tropikalne drzewa to osoba ktora nigdy nie spędziła świąt Bożego Narodzenia w tropikach na pewno bedzie podekscytowana.

Następnie znowu spotkałem się z moją znajomą. Lin nie mogła oprzeć się pokusie żeby pokazac mi swój uniwersytet na którym robi doktorat. Nazywa sie National University of Singapore - ma największą renomę tutaj i podobno jest w czolówce na świecie. Cóż mogę powiedzieć, jest to jak gdyby miasto w mieście w takim stylu amerykanskim że studenci nie muszą wcale jeździć do centrum, bo dosłownie mają wszystko tutaj na miejscu począwszy od akademików, poprzez hale sportowe, kina, fastfoody, a skończywszy na własnej komunikacji autobusowej.

 

Nastepnym punktem dnia była zaplanowana przezemnie wcześniej wyspa Santosa. Dolączył do nas kolega Lin i razem pojechaliśmy podziwiać tą sztuczną i zrobioną specjalnie dla turystow wyspę. Znajduje się na niej najdalej na południe położony punkt Azji, a można sie tam dostać mostami albo jak kto woli kolejką linową. Na miejscu oprócz pięknych plaż i hoteli jest masa różnych atrakcji turystycznych jak: pola golfowe, wesołe miasteczka, boiska sportowe, muzea, delfinarium, baseny, kina 3D, ptaszarnie, „motylarnie”, jakieś VolcanoLand i Lost Civilization City nie wspominając o masie miejsc gdzie można zjeść. Całość połączona klimatycznie oświetlonymi alejkami. Z miejca na miejse można sie przemieszczać używajac mniejszych kolejek linowych lub autobusów. Ogolnie trzy dni może byc za mało, żeby wszystkiego spróbować. My niestety nie mieliśmy dużo czasu. Szybka kąpiel w oceanie, kolacja, a na koniec dnia gwoźdź programu darmowy spektakl Musical Fountain - 40 minutowe show typu światlo, laser, muzyka, ogień i woda. Nie da sie opisac, trzeba zobaczyć. W drodze powrotnej do hostelu musiałem się przeprawić przez wielki hinduski uliczny bazar który jest organizowany zawsze w niedzielę w dzielnicy w której mieszkałem – Little India. Mnóstwo hindusów sprzedających olbrzymią ilość ciekawych i tanich towarów. Myśle, że atmosfera tam panujaca nie wiele różniła się od „oryginalnego” bazaru w Indiach. Po powrocie do hostelu, krótki odpoczynek i mimo już póznej pory wyjście z wyluzowanym angielskim współokatorem z pokoju Ian’em do arabskiej dzielnicy na fajkę wodną. Ian też jak ja był w drodze do Australii, zamierzał zrobić praktykę w Cairns, która umożliwiała mu zdobycie certifikatu profesjonalnego trenera nurkowania. Zupełnie przypadkowo spotkałem go później w Australii (ale ten świat mały), ale o tym może później.

 

 

Nastepny dzień, poniedziałek rano prawie godzinna przejeżdzka po Singapore River łodzia. Mialem na koszulce taki sam numer jak łódz którą płynalem, wiec „kapitan” od razu mnie polubił, a nawet dał mi nią posterować. Dalej 2 godzinny spacer z przewodnikiem po Asian Civilization Museum - jedyne muzeum, ale najwazniejsze w S’porze jakie udało mi się zwiedzić. Ciekawa przeprawa przez historię tego regionu świata i kultury: islamskie, hinduskie i chińskie.

Po wizycie w muzeum wróciłem do hostelu, bo tam już byłem wcześniej umówiony, i tu niespodzianka, na samochodowe zwiedzanie całej wyspy z Lin i jej promotorem – profesorem. Dowiedział sie on że przyjechałem do S’puru i pewnie chciał się odwdzieczyć za to że swojego czasu odebrałem go razem z Lin z Okęcia i oprowadziłem po warszawskiej Starówce. Wsiedliśmy więc do jego wielkiego mercedesa i zaczeliśmy objazd po prawie całym kraju, dyskutujac jednoczesnie o życiu, polityce i ekonomii Zdziwiło mnie to jak restrukcyjne jest to miasto, chyba najbardziej na świecie. Np. rząd zabronił budowy kasyn mimo że mogł mieć z tego naprawdę bardzo wysokie zyski i wprowadził wysokie kary za zaśmiecanie, przerywanie ciszy nocnej, żebranie, a nawet rzucie gumy. Tak, w całym kraju nie można sprzedawać gumy do żucia, a nawet jej przywieść. Singapur jako że nie ma już dawno wolnych terenow wydaje olbrzymie pieniądze na sztuczne powiekszanie tego miasta-wyspy-panstwa przez „zapiaszczanie oceanu”. Przeogromny jest tutaj międzynarodowy porty. Po drodze mijaliśmy budowane morskie platformy wiertnicze, ogromną liczbę fabryk w wiekszości elektronicznych i budynki socjalne dla „ubogich” z basenami. Ogólnie Singapur jest taką azjatycką Szwajcarią, porównującten kraj z państwami wokoło. Dużo azjatów marzy by się tu osiedlić na stałe tym bardziej że jest to jedno z najczystszych i najbezbieczniejszych państw świata, nie tylko ze statystyk kriminalnych, ale również ze względów politycznych i georaficznych. Naprawdę przez cały okres pobytu tutaj czułem sie nadwyraz bezpiecznie. Po kolacji jeszcze spojrzenie na niesamowitą Orchard Road tym razem w blasku świateł i powrot do hostelu.Oczywiscie grzeczne pożegnanie i podziękowanie za fantastycznie spędzony dzień. Tego wieczoru chciałem jescze zobaczyć popularna tutaj atrakcje turystyczną a mianowicie – Night Safari, ale niestety było juz za późno, wiec zostały pogadanki przy piwie Tiger z backpakersami.

 

Ostatniego dnia rano poszedłem do największego w miescie domu towarowego z tylko i wyłącznie z elektroniką. Dowiedziałem sie wczesniej że można tam kupić tani sprzęt elektoniczny, a wybór jest przeogromny. I rzeczywiscie tak było 6 pięter- sama elektronika, wszystko co chcesz, czasami super nowości których często nie ma jeszcze na innych rynkach. Ale koniecznie pamiętaj żeby się targować inaczej szczególnie turysci moga dużo przepłacić np. ja za swoje zakupy „zjechałem” z 70$ do 40$. Dalej na szybko zwiedziłem jeszcze dwa islamskie meczety i hinduską świątynie. Dla mnie jako osoby która miała okazje zobaczyć takie miejsca po raz pierwszy było to ciekawe doświadczenie. Jeszcze tylko za ostatnie sigapurskie dolary zakup paru pamiatek i powrót taxówką na lotnisko. Odprawa bez problemu i po chwili znowu bylem na pokladzie Boeinga jak poprzednio lini Singapore Airlines.

 

Singapur ogólnie reasumując bardzo polecam każdemu nawet dziewczynie w pojedykę, bezpiecznie i jak nigdy nie byleś/aś w Azji masz tu mieszankę różnych kultur islamu, hinduizmu, budyzmu – możesz poczuć się w zależności od dzielnicy trochę jak w krajach arabskich, Indiach i oczywiscie Chinach, a centrum to taki mały Nowy Jork. Jakbyś kiedykolwiek leciał/ała do Australia defintywnie musisz zrobic stopover tak jak ja, to nie jest aż taka wielka doplata, a na pewno nie bedziesz żałował/a . Wiekszość okrywców Australii, trochę według mnie bez sensu, przylatuje bezpośrednio, mają gdzieś przerwe na tankowanie, są totalnie wyczerpanii po 20-paro godzinym locie i nic nie są w stanie zobaczyć po drodze. Ja na 100% jak bedę leciał z powrotem do Polski zatrzymam sie gdzieś indziej, może Hongkong, może Bankong, a może Kuala Lumpur, zobaczymy.

 

Sydney

Po niecałych 8 godzinach nieprzespanego lotu z samego rana padł komunikat że zbliżamy sie do Sydney i należy przygotować się do lądowania. Samolot przebił się przez chmury i oczą moim ukazała się słynna Opera i Harbour Bridge. Odprawa paszportowa przebiegła bez problemów, a Emre – osoba która miała mnie zawieść do mojego mieszkania już na mnie czekał. Temperatura w Sydney wynosiła 20 stopni, ale z powodu tych 4 dni spędzonych w Singapurskich tropikach wydało mi się że jest tu zimno. Razem z Emre pojechaliśmy do dzielnicy Rockdale, gdzie znajdowało się wynajęte jeszcze w Polsce dzięki firmie Perfect mieszkanie. Mieszkanie to znajdowało się na ósmym piętrze nowoczesnego, dopiero co oddanego do użytku bloku. Składało się z trzech sypialnii, wielkiego living room’u oraz szerokiego tarasu z widokiem na City i całkowitego wyposażenia. Wszedzie miałem blisko: do centrum, sklepów, plaży, pociągów (tutaj to bardzo ważne). Do tego jeszcze: basen, jazzuzi i sauna które były do dyspozycji dla wszyskich mieszkańców bloku. Jednym slowem „full wypas”.

Dopiero popołudniu po długim odsypianiu eksytującego tygodnia poznałem moich współlokatorów – dwie czeszki, litwinkę i turka. Po tygodniu przyjechała jeszcze z wakacji w Tajlandii polka - Marta, która opiekowała się tym miejscem. Wszyscy oni przyjechali niedawno tak jak ja do Sydney zdobywać wiedze w tym ekscytującym kraju. Okazało sie jeszcze tego samego dnia że Aiste z Wilna organizuje wieczorem urodziny w lokalnym pubie. Była to więc świetna okazja poznania moich wszystkich współlokatorów i ich znajomych.

 

 

Pierwsze moje dwa tygodnie zanim zacząłem szkołe w Sydney to już spokojne „rozpoznanie terenu”. Dziewczyny pokazały mi okolice, miały już pierwsze kroki za sobą, więc dały mi też dużo przydatnych rad o codziennym życiu w miescie jak: zakupy, praca komunikacja, banki, telefony...itp. W weekend razem poszliśmy na lokalną plaże, oczywiście obowiązkowo trzeba było wcześniej zobaczyć tym razem z bliska symbole Sydney – Operę i Harbour Bridge, jak również inne słynne miejsca w tym wspaniałym mieście m.in: przepiękne ogrody botniczne i słynną dzielnicę The Rock. Zaliczyłem też imprezę na zwariowanej Oxford Street. W międzyczasie zrobiłem kurs Responsible Service of Alcohol, który tutaj jest potrzebny pracując w miejscach gdzie serwowany jest alkochol i powoli rozglądałem się za pracą, którą mogłem podjąć dopiero po rozpocząciu collegu i zmianie statutu wizy. Jeżeli chodzi o mój college to jest to The Sydney Business and Travel Academy na którym robię kurs turystyki. Wszystkie jej dobrze wyposażone klasy znajdują się na dwóch pietrach budynku na Sussex Street w samym centrum. Podczas moich pierwszych trzech dni w SBTA, nas - nowych studentów gorąco przywitano i wyjaśniono zasady studiowania jakie tam panują. Następnie każdy z nas opowiedział trochę o sobie, by łatwiej się poznać nawzajem. Dano nam też pare rad jak efektywnie się uczyć i pożegnano życząc jednocześnie wesołych świąt i udanych wakacji. Dla mnie ta ponad 8 tygodniowa przerwa nie dokońca oznaczała wakacje. Własciwie to poprzednie tygodnie były moimi wakacjami, a następne tygodnie postanowiłem przeznaczyć na „podreperowanie” swojego budżetu tym bardziej że przez cały ten wakacyjny czas mogłem pracować bez ograniczeń.

 

Postanowiłem że wyjadę z Sydnej by poznać i popracować w jakimś innym regionie Australii. Na początku trochę szkoda mi było opuszczać Sydney mając już tam troche fajnych znajomych i wiedząc ile tam imprez podczas świat, a przede wszytkim te całe show w sylwestra. Stwierdzilem jednak że przez najbliższe miesiące bedę tam trochę „przygwożdźony” i jeszcze zdąże zobaczyć całe Sydney i okolice. Miałem pare możliwosci: praca na kempingu w pustynnym Alice Springs, winiarnia gdzies w środkowej Victorii, ale ostatecznie „wylądowalem” w tropikalnym północnym Queensland’zie i naprawde nie żaluje. Jest wspaniale.

 

Odbyło sie to wszystko, szczęśliwie dla mnie, bardzo ekspresowo, tak że: w piątek zdążyłem załatwić wszystkie formalności związane z pozwoleniem na pracę z dużą pomocą współpracującego z firmą Perfect-Tomka Ostrowskiego z Australian Education Centre, w sobotę rano miałem telefon od plantatora bananów że moge w poniedzialek zaczynać, w sobotę popoludniu kupilem bilet, a w niedzielę rano już siedziałem w samolocie do Cairns.

 

Queensland

Lot trwal 3 godziny. Po wylądowaniu poczułem zmianę klimatu w porownaniu do Sydney. Specyficzne gorące powietrze trochę podobne do Singapuru, wszędzie wokoło soczysta zieleń i deszcz który padał tutaj prawie bez przerwy przez następne trzy doby są wizytówką tych okolic. Wysokie temperatury na północnym wybrzeżu Queensland’u nie są jednak aż tak nieznośne jak np. gdzieś na pustynii, bo bliskość oceanu powoduje, że chłodzi cię ożywcza bryza. W lato w dzień temperatura waha się miedzy 32 a 36 stopni, a w nocy między 25 a 28. W zimę jest niewiele „gorzej” - 23-27 stopni w dzień i 17-20 w nocy.

 

 

Mimo tego że obecnie pracuje i mieszkam w turystycznym Cairns, nie było to na początku mojej przeprowadzki miasto docelowe. Musiałem wziąść autobus i pojechać jeszcze godzinne na południe do niewielkiej miejscowości Innisfail. Zamieszkałem w miejscowym robotniczym motelu. Warunki może nie były jakieś specjalnie luksusowe, ale za to wesołe międzynarodowe towarzystwo w większości turystów było super. Moje trzy współlokatorki Anne z Francji, Enrika z Finlandii i Reachel z Niemiec również pracowały na okolicznych farmach, zarabiając w ten sposób na dalsze podróżowanie po Australii.

 

Nasza praca wyglądała mniej więcej tak: z samego rana jeszcze przed świtem farmerzy zabierali nas na swoje olbrzymie farmy bananów czasami mango i rozdzielali nas zajęciami. Dziewczyną przypadały lżejsze zajęcia jak sadzenie lub pakowanie. Meżczyźni zaś przeważnie dostawali główne zadanie czyli zbieranie bananów. Praca może nie była najlżejsza, ale całe to obcowanie z wspaniałą tropikalną naturą wszystkim osobą z europejskich krajów na pewno się podobała. Cała okolica otoczona była najwyższymi w stanie ponad 1000 metrowymi górami porośniętymi dzikim lasem tropikalnym czasami z bazaltowymi językami zastygłej przed tysiącami lat lawy i krystalicznie czystymi stumykami. Często przejeżdzając załadowanymi traktorami przez polany płoszyliśmy odpoczywające tam stada kangurów - wallabies, czasami udało nam się zobaczyć dingo.

 

Po tak przepracowanych tygodniach przeważnie w każdy weekend mieliśmy wolne, ale nie nudziliśmy się. Właściciel naszego motelu udostępniał nam jego dwa vany, więc mogliśmy odkrywać okolice: malownicze plaże, parki narodowe i farme krokodyli. Raz udaliśmy się zobaczyć przepiękny wodospad – Josephine. Mimo że woda była dosyć zimna nikt nie mógł ulec pokusie popływania u jego zbocza.

 

Lokalni farmerzy którzy z nami pracowali byli bardzo przyjaźnie do nas nastawieni np. po zakończeniu całej zbiórki przed świętami zaprosili nas do lokalnego pubu. Wyglądalo to dosyć śmiesznie cali brudni prosto po skończonej pracy siedliśmy za barem i popijaliśmy piwko, dyskutując jednocześnie o różnicach w celebrowaniu świąt między naszymi krajami.

 

Obecnie mieszkam i pracuje w niewielkim sklepie ogrodniczym w Cairns. Cairns to przepięknie położone 150-tysięczne typowo turystyczne miasto. Ponieważ część moich obowiązków to dowóz towaru do klientów, mam okazje poznać lepiej to miasto i jego malownicze okolice. Tutaj też spędziłem moje upalne i jakże inne Święta Bożego Narodzenia i Nowy Rok. Mój szef - Wayne wiedział że nie mam tutaj żadnej rodziny więc wspaniałomyślnie zaprosił mnie na jego wigilijnego grilla i świąteczny obiad, który zjadłem z jego rodziną na jednej z miejscowych plaż. Sylwestra zaś spędziłem tutaj z moimi znajomymi z motelu. Poszliśmy na zorganizowany na nabrzeżu koncert, obejrzyliśmy sztuczne ognie nad oceanem, a później świetnie bawiliśmy się w klubie Woolshed, który gorąco polecam za super atmosferę - wszyscy tańczą na stołach. Na zakończenie całonocnej szalonej zabawy z samego rana wskoczyliśmy do Lagoon’y - miejsowego publicznego basenu.

 

W ostatnim tygodniu mojego pobytu w Cairns zamierzam zwiedzić muzeum przedstawiające kulturę aborygenów i mam już zaplanowane dwudniowe nurkowanie na Wielkiej Rafie Kolarowej – największej tutaj atrakcji turystycznej z moim znajomym z Singapuru Ian’em. Mamy spędzić noc na łodzi. Już nie mogę się doczekać...

 

Pozdrowienia

 

Szymek



Galeria zdjęć

  • Relacja Szymka 1
  • Relacja Szymka 2
  • Relacja Szymka 3
  • Relacja Szymka 4
Logos_schools